Jedna minuta wystarczyła, żeby minąć się z psem. Jedna minuta wystarczyła, żeby psa złapać.
Jedna minuta.
Tyle często dzieli nas od sukcesu lub porażki przy łapaniu psa. Historia Jędrka i jego ucieczki jest podobna do wielu historii tego typu, z którymi zapewne się już spotykaliście. Jędrek wraz z bratem Endriu po śmierci właściciela trafiają do schroniska. Tam ze względu na słabe znoszenie nowej rzeczywistości zapada decyzja o przekazaniu psa na DT. DT przekazuje psa dalej bez zgody i wiedzy KTOZ. Wtedy pies robi klasyczne zwianie między nogami a wszystkie drzwi po drodze (jak to bywa w takich sytuacjach) są otwarte.
Całe szczęście mogliśmy zareagować prawie natychmiast, gdyż jesteśmy „sąsiadami” miejsca, z którego zwiał. Pies uciekł późnym wieczorem, a już rano mieliśmy gotowy plakat. Dzięki wiedzy, w którą stronę pies pobiegł połączoną z wywiadem z osobą z DT odnośnie zachowań/zwyczajów, byliśmy w stanie wytypować teren, w jakim prawdopodobnie będzie się znajdował. Trafiliśmy idealnie-biegał wszędzie tam, gdzie „zaplanowaliśmy” oraz robił niekontrolowane wycieczki ciut dalej. To ciut było chwilami niebezpieczne.


Festiwal plakatu
Ulica Kocmyrzowska do najwolniejszych nie należy. Natomiast żeby dojść do tych wszystkich cennych informacji o lokalizacjach, najpierw musiało zostać wydrukowanych i powieszonych mnóstwo plakatów. Plus/minus powiesiliśmy ok. 700 plakatów w okolicy jednego osiedla. Wjeżdżając na osiedle, miało się wrażenie, że wjeżdża się na „festiwal plakatu” (oczywiście teraz posprzątamy po sobie). Zawsze plakatujemy do oporu, bo to daje najlepszy efekt. Przypadkowa osoba ma za plecami zawsze plakat z numerem telefonu, pod który może zadzwonić natychmiast po zobaczeniu psa. Nie musi chodzić dwie ulice dalej, żeby zapisać kontakt.
Za główny proces plakatowania w deszczu i słońcu odpowiedzialne były Anita z Renatą i Gucia, mama Heńka, która od niedawna nam pomaga przy akcjach, ale była też na pierwszej akcji na tym samym osiedlu długo przed powstaniem DA.Bez ich pracy nie bylibyśmy w stanie ruszyć z czymkolwiek dalej. Z tego miejsca bardzo Wam dziewczyny dziękuje, że ogarniacie jak nikt inny takich spraw.
Patent Anity na plakatowanie z użyciem dyspensera do pakowania paczek zamiast klasycznego rozwiązania taśma/nożyczki znacznie usprawnił cały proces. Jest to przełom w plakatowaniu niczym wprowadzenie przez Henrego Forda linii produkcyjnej w procesie produkowania samochodów. Gucia również dołożyła swój patent na zszywkę w plakacie zapobiegającą przypadkowemu wypadnięciu plakatu z koszulki.
Możliwość obserwacji plakatów jak „pracują” po tygodniu nasunął mi też kilka wniosków i uwypuklił kilka detali, które uważam, że są istotne w całości. Jak widać plakatowanie to nie jest taki prosty i oczywisty proces albo zwyczajnie my mamy hopla na punkcie jakości i dojścia z przekazem do jak największej ilości osób i zachowaniu najdłuższej żywotności plakatu. Zrobimy do tego osobny poradnik. Dobrze oplakatowany teren zawsze lub prawie zawsze przynosi szybki efekt w postaci sygnałów o psie.
Tak też było tym razem i już następnego dnia zaczęliśmy dostawać pojedyncze sygnały z lokalizacjami Jędrka. Te pierwsze sygnały najczęściej są mocno „niestabilne”, gdyż pies nie ma żadnych tras i nie zna terenu. Całość jest raczej losowa i jeśli w perspektywie mamy dłuższe łapanie to najprawdopodobniej wszystko się jeszcze zmieni kilka razy. Tak też było w tym przypadku, z tą różnicą, że przez cały okres obserwacji i przygotowywania się do łapania, ciężko było się wstrzelić z konkretami.
Wielogodzinne obserwacje wcześnie rano lub późnym wieczorem nie przynosiły efektu. Mogliśmy się opierać tylko na telefonach „tu i teraz” udając się natychmiast na miejsce i tam śledząc psa samochodem czy za pomocą termowizji. Pies był bardzo elektryczny. Trzymał dystans minimum 10 metrów od człowieka i jeśli ktoś się nim zainteresował przez zwolnienie obok niego samochodem lub „zawieszenie” wzroku na nim, natychmiast robił długą przed siebie. I miał gdzie robić długą…


Stary fort
Teren, w którym się poruszał to były głównie hektary pól po niedawno zburzonych działkach. Polami pokonywał ok. 1,3 km. Całość bardzo trudno dostępna pod kątem obserwacji, gdyż żeby zrobić jakąś realną obserwację, trzeba by było zejść 300 metrów w dół w totalnym błocie i spędzić tam 24h. I nawet wtedy pewnie efekty byłyby mizerne ze względu na brak jakiejkolwiek regularności w jego spacerach.
Po kilku telefonach, jakie odebraliśmy od mieszkańców osiedla, sprawdzeniu śladów i rozmowy z „naocznymi świadkami” zaczęliśmy badać teren starego fortu. Teren idealny dla psa, gdyż w teorii ogrodzony (od głównej ulicy) otoczony drzewami i ruderami po opuszczonych działkach. Ze względu na pogodę i „straszność” terenu nikt się tam nie zapuszczał z wyjątkiem 1-2 osób z psami, które znały temat i dały nam znać. Nam też się udało spotkać tam dwa razy psa w tym raz jak spał.
Gdy nas zobaczył, podniósł się i spokojnie odszedł. Dzięki temu wiedzieliśmy też gdzie się nie zapuszczać. Nigdy nie wchodzi się w „strefę komfortu” psa i tam gdzie śpi. Jeśli coś w łapaniu nie wypali, to palimy teren i pies się przenosi. Po drodze zostawiamy jedzenie + fotopułapkę, która nam później dostarczy kilka fotek psa, lisa oraz kota. Wiemy już, że tam raczej jest kiepski teren na łapanie dla nas, ale awaryjnie psa karmimy w tym miejscu i kombinujemy dalej ucząc się zachowań psa i poznając jego lokalizacje.


Psi brat Endriu
Wiedząc, że kilka razy był widziany, jak ok. godziny 22 wchodzi na teren fortu, postanawiamy użyć jego psiego brata. Dawno się nie widzieli, ale zapach robi swoje. Zapach psa i wolontariuszki. Patent na znajomego psa to opcja znana od lat i bardzo dobrze się sprawdza, jak jest spełnionych kilka warunków i ktoś wie jak to zrobić dobrze.
Wypożyczamy ze schroniska Endriu, wolo Anita schodzi do swojej piwnicy (nazywanej grotą Batmana), która była inspiracja do piosenki dla zespołu T-Love i Muniek śpiewał o niej „wszystko możesz tu znaleźć”. Później o tej piwnicy będą krążyły legendy, włącznie z taką, która mówi o tym, że znany grób to jednak był u Anity w piwnicy…,a nie w Jerozolimie. Z tej piwnicy Anita wynosi ekwipunek, który pozwoli przetrwać jej zarówno noc w lesie, jak i wyprawę w Himalaje.
Jednak najbardziej przydatne będzie turystyczne krzesło i czerwone światło, które na takich akcjach jest bezpieczniejsze. Do kompletu zabiera psa i siada w środku lasu późnym wieczorem w zupełnej ciemności (ta lampa ledwo oświetlała otoczenie) na środku ścieżki. I czeka na Jędrka, aż wróci „z miasta”. I teraz wyobraźcie sobie taką sytuację – wchodzicie w nocy do lasu, zupełna ciemność, a na środku nagle spotykacie kobietę na krześle z psem:)).
Brakuje tam tylko śpiewającego kaktusa „Tylko jedno w głowie mam koksu 5g”. Nieoczekiwanie pojawili się tam ludzie i byli mocno zdziwieni. Obyło się bez zawałów i pierwszej czy drugiej pomocy. Widać mieli nerwy ze stali, a ich ściana w domu zapewne była pokryta horrorami na kasetach vhs i plakatem z filmu „Kobieta Wąż”, który bardzo zachwalał przed laty nieżyjący już Tomek Beksiński, syn słynnego malarza.
Jędrek miał kilka opcji wejścia na fort, np. od tyłu czy od dołu pól w zasadzie robił to niezauważony i nie dało się tego terenu obstawić. Później też przed fortem stawialiśmy klatkę, ale nie był nią zupełnie zainteresowany (częste u typowych lękusów). Bardzo mocno też wybrzydzał jedzenie. Kolejne telefony utwierdziły nas też w przekonaniu, że jada u osiedlowych kotów pod blokiem blisko działek.


Znikające miski
W sprawie kotów zadzwoniła też do mnie Pani Maria, którą spotkałem kilka dni wcześniej i wiedząc, że dokarmia koty u siebie pod blokiem (pies był widywany kilka bloków niżej) uczuliłem ją, że może się u niej pojawiać i gdyby zobaczyła powyciągane lub poprzewracane miski kotów, to żeby dała znać. I dała. Miski zaczęły znikać w całości i były wyciągane z budek kocich. Wyciągnięte miski są charakterystyczne u psów na gigancie i żeby mieć 100% pewności można to sobie sprawdzić, dokładając fotopułapkę/kamerę.
Pani Maria jest weteranką karmienia dzikusów/lękusów na osiedlu. Dokarmiała pierwsze psy Dog Alertowe, czyli Krówkę i Drupka, później dokarmiała Arniego, który również uciekł w okolicy i teraz Jędrek. Miski znikały codziennie, a teren był idealny pod łapankę i nie było trudności z dostępem. Można było bez problemów obserwować okolice nawet w kilka samochodów. Pies miał różne pory, bywał ok 18-19 lub 3-5 w nocy. 3-5 w nocy to dla nas za dużo, wolimy to zastąpić fotopułapką i robić obserwacje tylko w dniu łapania.
Natomiast 18 była ok, żeby użyć drugiego psa. Ponownie wypożyczamy jego brata i czekamy. Po 18 dostajemy fotkę z fotopułapki, że pojawiał się na jedzeniu na forcie, co oznaczało, że właśnie wyruszył w teren.
Cała „trudność” jego trasy polegała na tym, że nie była regularna. Duża część trasy była dyktowana tym jakie auto zatrąbi, kogo spotka i czego się wystraszy. Mógł dojść do miejsca jedzenia za 15 minut albo za 2 godziny. To było dobre miejsce na braterskie spotkanie. Całość niestety pokrzyżowała pogoda. Na chwilę schowaliśmy psa do samochodu, żeby założyć mu kurtkę przeciwdeszczową i wtedy pojawił się Jędrek. Stanął kilka metrów ode mnie – popatrzył się, odwrócił i poszedł wąchać dalej.
Szybkie wypuszczenie Endriu do niego już nic nie dało. Zabrakło JEDNEJ minuty, żeby być może zamknąć temat. W kolejnym dniu powtórzyliśmy akcję, ale pies pomimo 4h czekania nie pojawił się wcale. Zarówno pod blokiem jak i na jedzeniu. Jedzenie o 7 rano było zjedzone, więc prawdopodobnie pojawił się ponownie w środku nocy.


Ucieczka na Nowohucką
Kończ waść, wstydu oszczędź – skoro mieliśmy psa na jedzeniu, to pora była zacząć wprowadzać pułapki i zamknąć temat. Kolejnego dnia Filip z Wojtkiem domontowali sprzęty, ustrojstwa i byliśmy w stanie złapać psa. Musiał tylko przyjść, zjeść. I wtedy wydarzył się telefon… a przed oczami scena kończąca. Zadzwoniła do mnie Agata, Agatę poznaliśmy na samym początku łapania psów (kilka lat temu) i w zasadzie ona nam nagrała pierwsze psy.
Zawsze też jej daje znać, jak wiem, że jakiś uciekinier może się kręcić obok jej działek, na których dokarmia koty. Telefon nie brzmiał optymistycznie „widziałam go, jak biegł od pętli w stronę ronda Piastowskiego”. Główny problem tej sytuacji polegał na tym, że biegł środkiem ulicy i było to dwa osiedla dalej. Kolejne sygnały z ulic Wiślicka, Stella Sawickiego, Nowohucka.
Informacja na zaginione/znalezione o małym psie w typie labradora w kolorze białym biegnącym ulicą… potwierdziła tylko nasze domysły, że to jest na bank on.
Ulice, którymi się przemieszczał to bardzo ruchliwe skrzyżowania/ronda z 3 pasami ruchu w jednym kierunku. Jak ten pies to przebiegł i nie został potrącony, można jedynie rozpatrywać w kategoriach cudu. Kolejnym cudem można nazwać to, że Nowohucką pokonywał wielokrotnie, gdyż zaczął kręcić tam koła. Jeśli mamy psa biegnącego przed siebie to tak naprawdę nie wiemy, kiedy i gdzie się zatrzyma. Okolica, z której był ostatni sygnał mogła wskazywać na to, że może wskoczyć na wały wiślane i pobiegnie w stronę Niepołomic.
Szukanie psa poza Krakowem będzie bardzo trudne lub w pewnych sytuacjach nierealne, gdyż pies może nakręcać się dalej. Ostatni sygnał to była godzina 17:20 z Ulicy Nowohuckiej. Poprzedni był z okolic Tauronu. Ten odcinek jest pies w stanie pokonać w kilka minut. Ucieczka psa nastąpiła o 12, więc wszystko wskazywało na to, że się zatrzymał, ale w bardzo niebezpiecznym miejscu. Szybka konsultacja z KTOZ i wszystkie ręce na pokład.
4 samochody KTOZ-u + samochód schroniskowy + 4 samochody od nas i wszyscy udajemy się obstawić okolice. Filip szybko namierza psa i go przymyka na ogromnym terenie ogrodzonym jednej z firm. Powoli wszyscy się zjeżdżamy na miejsce. Pies gdzieś znika między różnymi budynkami i samochodami i już się nie odnajduje. Szybkie sprawdzenie terenu i klasyka gatunku. Dziury w ogrodzeniu.
Ponownie wsiadamy do samochodów i ruszamy patrolować ulice z nadzieją, że zaraz go zobaczymy lub ktoś zadzwoni z informacją. W międzyczasie udało się poprosić o pomoc MPK i info o psie dostali wszyscy krakowscy kierowcy autobusów i motorniczy tramwajów. Tak jeżdżąc trochę bez celu, każdy w nieco innej okolicy, dostajemy telefon o psie w okolicach pętli na Ujastku. Dla psa wyjście z ulicy Ciepłowniczej i pojawienie się na Ujastku było teoretycznie możliwe.
Wystarczyło, żeby przeszedł do Klasztornej wałem i później już droga prosta. Znamy przypadki (bardzo rzadkie), ale jednak, psów, które ogarniały takie spacery. U nas już następuje „wow” bo akurat jesteśmy obok i jedziemy go szukać. W okolicy pętli już kiedyś był i zna teren. Od jego kryjówki to raptem 1,5 km i zapuszczał się już w takie miejsca o 3 w nocy.
Robimy rundę jedną, druga, trzecią i psa nie widać. Wszyscy się zjeżdżają w okolice fortu, na którym śpi i postanawiamy obstawić teren jego tras, na których był widywany. W momencie, kiedy chcemy się rozjechać w konkretne miejsca, dostajemy kolejny telefon-dzwoni Pani i mówi, że widzi go teraz na Ciepłowniczej. Czyli w miejscu, gdzie go zgubiliśmy. Widocznie pies na Ujastku to był inny pies, a tamten siedział w tej samej okolicy. Wszyscy do samochodów, gaz w podłogę i znowu w okolice Nowohuckiej.
Część dojechała szybciej i udała się patrolować okoliczne uliczki. My mijając M1, zauważaliśmy go, jak szedł chodnikiem i wąchał trawę. Problem polegał na tym, że zbliżał się do skrzyżowania Nowohucka/Centralna i zaraz będzie ją przekraczał. Każdy, kto wie, jak wygląda ta ulica, wie również, jak się to może skończyć. Robimy natychmiastową nawrotkę na pasach. Wyskakuję z samochodu i zatrzymuję cały ruch na Nowohuckiej w jedną stronę, żeby pies mógł spokojnie przejść.
Wysyłam też w to miejsce samochód KTOZ-u na kogutach, żeby mógł zareagować, gdybyśmy mieli za chwilę podobną sytuację. Daję znać do chłopaków, którzy mieli najbliżej i podbieraki na aucie o lokalizacji psa.
W takiej sytuacji już nie ma miejsca na zabawę w karmienie itd., jest tylko żywioł, w który musimy wejść, ale rozsądnie, mając z tylu głowy, że blisko mamy bardzo ruchliwą drogę, na którą już go nie możemy wypuścić. Kolejna sprawa jest taka, że musimy go złapać teraz. Nie jutro. Nie za dwa dni, gdyż na 100% potrąci go samochód. Pies nam jeszcze dwa razy zniknął w czeluściach nowego osiedla, na terenach różnych firm itd. Plusem całej sytuacji było to, że nie znal terenu. Minusem-my również. Całe szczęście, nawet jak gdzieś zniknął i przeszedł pod ogrodzeniem, to za chwile się pojawiał znowu na głównej ulicy.


Jedna minuta
Tak też wyhaczyła go Anita i pojechała za nim. Kolejna firma i kolejna powtórka z rozrywki… zamknięte bramy itd, natomiast sama uliczka była ślepa. Poczekaliśmy na resztę (zabezpieczenie tyłów) i poszliśmy sprawdzać. Psa już nie było na końcu, co oznaczało, że się gdzieś przecisnął i wszedł na teren firmy. Wszyscy się już zwinęli i pojechali szukać dalej, natomiast my składaliśmy siatki i ładowaliśmy je do auta. Siedząc w aucie patrzyliśmy w telefonie na teren i miejsce, gdzie można jechać na „patrol”.
W tym czasie Anita poszła jeszcze sprawdzić teren firmy na którą wszedł (jakoś się przecisnęła miedzy brama) i tam pies jej gdzieś mignął. Zdążyła krzyknąć do Filipa „idzie na Ciebie” a Filip zdążył zadzwonić do mnie „idzie na was”. Miałem jakąś sekundę żeby zdążyć wysiąść z samochodu i wyciągnąć siatkę i krzyknąć do dziewczyn żebyśmy się rozciągnęli z siatką. Zdążyliśmy. Pojawił się Jędrek i jest odcięty. Zaczyna celować w lewą stronę – dostaje blok z siatki i się cofa. Celuje w prawo – to samo.
Chowa się pod samochodem i po wyjściu postanawia zaatakować siatkę. Byliśmy w trójkę. Jedna z osób go zawinęła a druga wskoczyła na niego blokując go pod pachą żeby nie wyszedł z siatek. Po chwili podbiegł Arek z podbierakiem i Filip żeby go nakryć dla bezpieczeństwa. Później już tylko przełożenie do kenelki i jazda do schronu. Dawno się tak „dobrze” nie bawiliśmy zarówno na osiedlu, jak i finałowej łapance. To była akcja pod tytułem być albo nie być tego psa.
Gdyby pozostał w tym terenie myślę, że dzień później bankowo coś by go potrąciło.


Dziękujemy
Z tego miejsca chciałbym podziękować wszystkim, którzy brali udział w całej akcji na Stokach i na Nowohuckiej. Anita z Grzegorzem, którzy dzielnie dźwigali klatkę i finalnie Anita napędziła/wygoniła psa. Anita to wolo ze schronu, która ogarnia lękusy i dzielnie znosiła moje różne pomysły i prośby na akcji. Filip z Aśką R – Ekipa KTOZ-u, która zawsze była otwarta na „gdzie i o której” bez zbędnego jęczenia i zadawania kretyńskich pytań pod tytułem „długo jeszcze”? bo na Klan nie zdążę.
Nie było problemem zejście w dół pól błotem po pas czy błotem po pas chodzenie na forcie żeby zostawić psu jedzenie. Pani Wanda (kierownik KTOZ-u) z towarzyszem, która porzuciła siedzenie za biurkiem na rzecz akcji w terenie i walki o życie psa. Adam oraz Barbara, którzy również pojawili się na miejscu.
Renata – za mistrzowskie plakaty i pracę w terenie oraz serce do lękusów i PROFESJONALNE adopcje. „Stowarzyszenie błysk” za akcje z dronem z termo. Było zabawnie Paulina i Andrzej-zawsze w gotowości i chętni do pomocy. Byli również na Nowohuckiej i na obserwacji terenu wielokrotnie. Byli z nami również na kilku wcześniejszych akcjach. Aśka H od treningowych dzieci (Aśka ma dzieci, których używamy do odczulania psów, jak się boją dzieci;))). Jest też wolo w schronie, która ogarnia nieogarnięte lękusy. Sama również jest opiekunka swoich dzikusów, które adoptowała. Gucia, czyli Aga od Heńka. Nasz nieoszlifowany diament Dała świetnie rade z plakatami i obserwacjami. Zawsze mogliśmy na nią liczyć. Była również w scenie kończącej trzymając siatkę.
Konrad – weteran w działaniach DA i operator drona. Arek czyli Skundlony.pl. Najszybszy z szybkich. Behawiorysta-triathlonista. Włada podbierakiem niczym uczeń szkoły Shaolin, który do perfekcji opanował posługiwanie się włócznią. Gdyby Arek żył w czasach dzikiego zachodu zapewne wygrywałby pojedynki rewolwerowców a w książkach zamiast takich sław jak Doc Holliday czy Wyatt Earp widniało by nazwisko Kwiecień. Przy okazji – jak macie problemy z psiakiem to polecamy tego gościa. 10 lat doświadczenia z psami schroniskowymi. Karolina. Pomaga nam od lat w terenie i w necie. Kuba i Klaudia. Świeże postacie u nas, ale chętne do pomocy. Wykazały się już przy łapaniu Belga o imieniu Elmo.
Wojtek, którego poznaliśmy kilka lat temu przy łapaniu Kropki, która biegała po całym Krakowie. Do dziś nam pomaga przy różnych akcjach. Natalia – od lat z nami na akcjach. Ada. Szara eminencja Dog Alert. I ja-Jarząbek. Też tam byłem i starałem się to wszystko trzymać w jakichś sensownych ramach, planować, zarządzać itd.
Chcielibyśmy też podziękować mieszkańcom osiedla Na Stoku, domków jednorodzinnych przy ulicy Jagiełły i okolicznych uliczek, bloków przy Gustawa Morcinka za telefony i informacje o psie. To dzięki Wam mogliśmy monitorować Jędrka na gigancie. JEDNA minuta dłużej na miejscu (sprawdzanie w telefonie potencjalnych lokalizacji psa) sprawiła, że nie odjechaliśmy wcześniej i udało się złapać psa. Jedna minuta zadecydowała o być lub nie być tego psa. Dziękuję wszystkim, że nie marudziliście;)) Akcja reakcja i działamy.
Musimy się teraz skupić na poznaniu apek do zarządzania sygnałami gps na terenie. Duża grupa ludzi w nieznanym terenie jest trudna do koordynowania. Powinniśmy też doposażyć nasz wóz taktyczny w pomarańczowe sygnały, bo to w takich sytuacjach robi świetną robotę. Jak skończymy, to zapewne pochwalimy się efektami naszej pracy, która częściowo jest już zrobiona. Dziękujemy też sklepowi Napad.pl, za pomoc w ogarnianiu sprzętu.

