Wszystkie psy są wyjątkowe, ale to jest jeden z dwóch, które są szczególne. Dla nas (osób łapiących) Biszkopt – w nowym fantastycznym domu został mianowany Drupim. Pies, od którego wszystko się zaczęło i wszystko się zmieniło. Zarówno w życiu psów, jak i osób je odławiających. Pozwoliło zbudować solidną grupę zapaleńców, którzy poświęcają swój prywatny czas, żeby łapać bezdomniaki i często świeżo adoptowane psy, które w sytuacji lękowej wyszły z szelek i obrały swoją własną drogę.
Biszkopt i Krówka z nowohuckich działek
Drupi wraz z Krówką (drugi psiak) żyły z osobą bezdomną na nowohuckich działkach. Były jednymi z siedmiorga psów. W wakacje 2018 właściciel uległ nieszczęśliwemu wypadkowi i umarł w szpitalu. Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami powiadomione przez działkowiczów o psach, które zostały przywiązane bez jedzenia i wody, reaguje natychmiast i zabiera pięć psów – Biszkopt i Krówka prawdopodobnie pod wpływem piosenki Chłopców z Placu Broni wybierają „Wolność”. Jeden z fragmentów tej piosenki brzmi „Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem” i to się świetnie łączy z Krówką, którego później będziemy łapali przez kolejnych 5 miesięcy.
Na jednej z grup facebookowych dotyczących zaginionych zwierząt w Krakowie zaczynają pojawiać się informacje o dwójce uciekinierów, które „bywają” na osiedlu graniczącym z działkami. Jednak pojawia się jeden kluczowy problem – psy są lękliwe i nie dają do siebie podejść bliżej niż na kilka metrów. W tej sytuacji nawet jak znasz stary indiański sposób „na parówkę” – zwyczajnie leżysz. KTOZ oraz schronisko w międzyczasie wielokrotnie bywa na osiedlu i rozkłada ręce, bo psy są szybsze – teren ogromny – nie ma też opcji zamknięcia czy zagonienia ich gdziekolwiek. Czas płynie.
Całość obserwuje na grupie facebookowej osoba, która pochodzi z tego osiedla (obecnie mieszka po drugiej części KRK) i przez związanie sentymentalne z osiedlem, na którym się wychowała, rzuca luźno zapytanie „co z psami?” – ktoś odzywa się na priv z informacją, że klatka łapka pożyczona z KTOZ jest na osiedlu tylko nie ma kto jej pilnować. Pada decyzja o pilnowaniu klatki + udaje się zorganizować dodatkowych zwierzolubów do pilnowania – natomiast klatka jest wystawiana tylko w czasie kiedy ktoś jej może pilnować. Psy się pojawiają w różnych godzinach na jedzenie, ale nie wchodzą do klatki. Temat klatki w tym miejscu wydaje się być spalony.
W międzyczasie odzywa się do nas dziewczyna z jednego z bloków na osiedlu z informacją, że psy śpią pod choinkami pod jej blokiem lub też często tam bywają (psy docelowo wracały na działki na noc). My, osoby totalnie wtedy bez pojęcia o łapaniu psów i dopiero poznający ich psychikę oraz zachowania w takich sytuacjach, postanawiamy się zwrócić do KTOZ-u o pomoc z myślą, że może coś wspólnie uda nam się załatwić.
Trafiamy tam na człowieka, który jest wyjątkowo ogarnięty – wie co robi i widać, że faktycznie mu zależy, wtedy jak i przez cały późniejszy okres łapania psów, zarówno tych jak i psów przy których spotkamy się w przyszłości (jeszcze tego nie wiedząc). Wspólnie dochodzimy do wniosku, że jest nas za mało i potrzebujemy kilkunastu osób i więcej sprzętu. Załatwiamy dodatkowe kilkanaście metrów siatek + kilkanaście osób do pomocy – ustalamy dzień i godzinę i działamy.
Niestety wspólne łapanie nie przynosi efektów – kilka godzin straconego czasu i sporo błędów popełnionych. Wracamy na tarczy. Nasza grupa natychmiast redukuje się do 2 osób w tym jedna ma akurat urlop, który poświęca na łapanie psa. I tak samotnie niczym Don Kichot i Sancho Pansa przemierzamy kilka dni z rzędu osiedle (to był listopad, więc już robiło się zimno). Towarzyszy nam łapak pożyczony od KTOZ-u, który w rzeczywistości jest podbierakiem na ryby.



Pierwsze złapanie i ucieczka
Natrafiamy na psy kilkukrotnie, ale łapanie wciąż jest nierealne. Chodząc po osiedlu przez 5 godzin potrafimy się z psami mijać wielokrotnie i ludzie, którzy nas zaczepiają informują, że widzieli je przed chwilą tu czy tam. Dołącza do nas dziewczyna z osiedla, która odprowadzając dziecko do szkoły często trafia na Biszkopta, który chętnie zaczepia jej suczkę i zachęca do zabawy. Pada pomysł złapania z zaskoczenia po wprowadzeniu psa do zabawy.
Bierzemy suczkę i idziemy na zwiady na osiedle – szybko trafiamy na naszego „Amanta”, który w wesołym tańcu przez chwilę zaczepia suczkę i odbiega. Mamy go na oku – „łapak” porusza się równolegle do Biszkopta, który schodzi w dół ulicy. Dzieli nas odległość zaparkowanych samochodów… i tutaj Biszkopt popełnia błąd. Postanawia się wysikać przy śmietniku – wtedy dostaje „zza winkla” łapakiem. Wszyscy jesteśmy trochę w szoku, że złapaliśmy psa.
Nakryliśmy łapak siatkami i wykonujemy telefon do schroniska – wysyłają kierowcę, więc czekamy spokojnie.
Przy próbie przełożenia psa z siatek do samochodu, przez niedopatrzenie jednej osoby, pies wyślizguje się z pętli i ucieka. Stoimy bezradni jak dzieci we mgle ze łzami w oczach, ogarnięci totalną niemocą. Wiemy, że następny raz może się okazać nierealny, a na bank będzie trudniejszy.
Potrzebujemy kilku dni odpoczynku – zarówno my, jak i pies.



Drugie podejście
Cały czas jesteśmy w kontakcie z człowiekiem z KTOZ-u. Na podstawie nowych informacji od ludzi z osiedla wiemy, że psy się przeniosły pod osiedlowy sklep i tam biegają lub wylegują się pod jednym z drzew. Ustalamy zatem nowy termin – ograniczamy liczbę osób do minimum, ale za to najbardziej rokujących (w takich sytuacjach ważna jest koordynacja i szybkie działanie bez zbędnych dyskusji). Na miejscu okazuje się, że psy są… i na nasze szczęście Biszkopt wyleguje się pod drzewem.
To wylegiwanie to już była połowa sukcesu – czas i miejsce nam sprzyjały. Obok stały zaparkowane samochody, za którymi można się było schować. Natomiast samo wyczekiwanie na odpowiedni moment kiedy pies się przestanie wiercić, rozglądać i być „elektryczny” zajęło dodatkowo ponad godzinę.
W momencie kiedy miał nastąpić „atak”, człowiek z KTOZ-u dostaje telefon o następnej interwencji (ta już zajmowała kilka godzin) na co odpiera „daj mi jeszcze kilka minut”. Te kilka minut okazały się kluczowe. Jedna osoba od nas skupiła psa na sobie dając dyskretnie znak osobie z KTOZ-u, która chowała się za granatowym samochodem (na dołączonym foto widać). Takie sytuacje są jednostrzałowe – raz się pomylisz i już kolejnej okazji tego dnia nie będzie… i nie musiało być. Udało się.
To był początek nowego życia Biszkopta o imieniu Drupi. Pies trafił do schroniska pod koniec listopada 2018, gdzie kolejny splot szczęśliwych przypadków pozwolił nam poznać dziewczynę, która była z osiedla, na którym go łapaliśmy oraz wolontariuszką w schronie. Później się okaże, że Kasia ma czarny pas w opiece nad zwierzakami i dar do znajdowania świetnych domów. Wraz z innymi wolontariuszami robią świetną robotę w schronisku.



Jaki los spotkał Drupcia?
Został adoptowany w lutym 2019 i od tego czasu jest pod opieką Dog Alert, razem ze swoim kumplem z działek – Krówką, oraz kilkoma innymi dzikusami, które przygarnęliśmy po łapankach.


