Krówka to drugi z wielkiej „dwójcy” z bezdomnych psów z działek. Jego ludzki odpowiednik mógłbym znaleźć w najbardziej znanym w latach 80. uciekinierze z więzienia – Zdzisławie Najmrodzkim pseudonim „Saszłyk”. Przebiegły, sprytny, doskonały strateg i niczym Kasparow w szachowym pojedynku – zawsze krok przed nami. W schronisku się okaże, że inspiruje się Houdinim – w perfekcyjny sposób wychodzi z szelek… a smycze przegryza w 2 sekundy. Bardzo szybko nauczył nas pokory i sprowadził na ziemię.
Po złapaniu Biszkopta wiedzieliśmy, że teraz może być już tylko gorzej. To samo nam sugerowali ludzie z osiedla, z którymi się już zdążyliśmy zakumplować czy też przypadkowi przechodnie, którzy kojarzyli nas już po łapakach czy samochodach.
Krówka to nie był pies, który sobie gdzieś przysiadał i można go było zajść od tyłu czy zwabić na parówkę. Był szalenie ostróżny. Jeśli ktoś szedł chodnikiem, a on szedł trawą to zatrzymywał się za drzewem – wychylał głowę i obserwował czy ta osoba również się zatrzymuje czy idzie dalej.
Jeśli stał 10 metrów od Ciebie i zwróciłeś na niego uwagę w sekundę był po drugiej stronie bloku. W takich chwilach zawsze pojawia się masa doradców typu „Jakbym miał siatkę albo łapak to bym złapał” – należy pamiętać, że pies ma 4x większy refleks od człowieka to raz, a dwa to przy tak lękliwym psie każdy „dodatkowy dźwięk” powoduje spłoszenie psa. O takie dźwięki nie trudno kiedy sytuacja dzieje się na normalnym osiedlu. Pojawiali się też „wolni strzelcy”, którzy w drodze z korporacji udawali się w nierówną walkę w pogoni za psem mimo naszych próśb, brudząc tym samym swoje wypastowane na glanc lakierki pośniegowym błotem.
Sytuacji było tak wiele, że nie sposób je opisać. Na łapanie poświęciliśmy 5 miesięcy – wyjazdy po kilka razy w tygodniu. Dziesiątki – setki godzin spędzonych w samochodzie i na „polowaniu” – dziesiątki litrów wyjeżdżonego paliwa. Pamiętam weekendy kiedy robiliśmy 2 rundy po 12h siedzenia w aucie, bo przyjdzie i może tym razem się uda. To była zima, więc siedzenie od 5 rano w samochodzie pod kocami przy -15 nie należy do najprzyjemniejszych… ale przecież chodziło o psa, który stojąc w miejscu przebierał nogami z zimna, a my nie mogliśmy mu pomoc chociaż bardzo chcieliśmy. Było nas troje… w każdym z nas inna krew… ale nie – zawsze byliśmy na minimum 2-3 auta w 4-5 osób.




Pierwszy zryw
Pierwszy zryw – doszliśmy do wniosku, że pogoda na to pozwala i po konsultacji z KTOZ padła decyzja o użyciu środków farmakologicznych w celu „zmulenia” psa. Środek taki podaje się w jedzeniu. Zaczyna działać po kilku minutach i pies usypia. Taki trochę zamiennik „strzelania” strzykawką do psa. Dla niewtajemniczonych w Krakowie strzelać może tylko pracownik ZOO i nikt tego nie zrobi w terenie zabudowanym.
Mieliśmy wszystko przygotowane – kilkanaście osób na osiedlu rozstawionych w kluczowych punktach na jego trasie – na wypadek, gdyby zaczął uciekać pod wpływem adrenaliny kolejne osoby mogły go „przejmować”. Dron w pogotowiu + człowiek na rowerze elektrycznym, zbiórka o 5 rano w sobotę. Przyjechał KTOZ, który w sobotę nie pracuje… ale jak mus to mus… i wiecie co? Pies przyszedł i poszedł. Jedzenie nieruszone.
Daliśmy mu drugą szansę – przyszedł o 18 (cały czas byliśmy na osiedlu żywiąc się pizzą jak amerykańscy policjanci;)), ale uznaliśmy, że o tej godzinie jest już zbyt ciemno i zbyt niebezpiecznie, żeby faszerować psa „usypiaczem”. Pomysł z farmakologią ze względu na porę roku musiał zostać ostatecznie porzucony.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że pies był w zasięgu ręki – stał/siedział obok naszego samochodu – tylko ze względu na ciasnotę parkingu otwarcie drzwi czy jakikolwiek manewry z siatkami zakończyłby się niepowodzeniem. Z ciekawostek dodam, że Krówka rozpoznawał samochód KTOZ-u. Jak auto stało, nie podchodził – auto odjeżdżało i podstawialiśmy drugie „cywilne”- podchodził. Każdego dnia nas ten pies zadziwiał.
Musieliśmy zmienić taktykę. Nie do końca wiedzieliśmy co robić, bo trochę kończyły nam się pomysły – byliśmy już tym totalnie zmęczeni, ale honorowi. Powiedzieliśmy A więc trzeba powiedzieć B i doprowadzić sprawę do końca. Wiedzieliśmy, że jak nasza grupa go nie złapie to nikt tego nie zrobi – chyba, że jakimś totalnym dziełem przypadku… który nie nastąpił od wakacji a byliśmy już w grudniu.




Zima
Grudzień to był słaby okres – ze względu na święta każdy miał mniej czasu + opady śniegu, które sprawiły, że pies przestał się pojawiać. Jedzenie w stałym miejscu karmienia znikało, ale ze względu na to ze mógł to jeść jakikolwiek inny pies lub kot, nie byliśmy pewni co się z psem dzieje. Natomiast znaliśmy jego historie, że od zawsze był psem na wolności, pozwalało nam to mieć cień nadziei, że sobie poradzi przy -20. Ktoś dał cynk, że spotkał go o 4 rano na spacerze ze swoim psem. Siano, które zostawiliśmy w ruderze, w której się wychował było wygniecione, więc wiedzieliśmy, że ktoś tam bywa – nie wiedzieliśmy kto lub co. Jednak, jeśli nie spał w ruderze ze słomą to musiał mieć lepszą miejscówkę (której do dziś nie poznaliśmy).
Mijają święta oraz Sylwester – najgorszy okres (fajerwerki) – nie mamy żadnych informacji o psie. Schodzimy na działki i znajdujemy ślady psich łap w miejscu gdzie ludzie z psami nie spacerują co pozwala nam podejrzewać, że pies żyje i najwyraźniej ze względu na temperatury wychodzi tylko wtedy kiedy absolutnie musi. Kilka dni później dostajemy fotki i filmik od osoby, która widziała go na osiedlu. Odetchnęliśmy z ulgą.




Klatka w ruderze
W międzyczasie osoby z osiedla zabudowały klatkę KTOZ-u, żeby wyglądała trochę jak buda i w miejscu karmienia, które doskonale znał, przypięły ją łańcuchem. Na klatkę daliśmy informację, że jest to własność KTOZ-u (żeby złomiarze się nie pokusili, co się niestety często zdarza). Plan zakładał powolne przesuwanie „wypasionego” jedzenia od początku klatki aż do końca żeby stopniowo do niej wchodził. Jedzenie znikało, ktoś tam niby widział ze wchodzi… że na bank wchodzi już do polowy itd. Czas mijał i nie działo się nic. Wtedy uznaliśmy, że pora przejąć klatkę i zmienić taktykę.
Klatkę zawozimy na działki i ustawiamy w ruderze, w której się wychował. Wygniecione siano, ślady psich łap pozwalały nam myśleć, że przychodzi tam i będzie czuł się bezpieczniej wchodząc do klatki. Jedzenie zaczyna znikać, ale pojawiają się też ślady kocich łap. Znajoma ma tam działkę i dokarmia koty, więc mamy info, że kotów bezdomnych jest tam dużo. Zapada decyzja – pora wprowadzić naszą zabawę w łapanie na wyższy level.
Kupujemy fotopułapkę, żeby mieć 100% pewność, że pies się pojawia (już byliśmy zmęczeni niepewnymi informacjami typu „może”). Ustawiamy sprzęt w środku rudery chowając ją pod swetrem z wzorkiem „Freddy Krueger” (w środku była masa ciuchów – podgala była wyłożona ciuchami na pół metra w górę + na wieszakach płaszcze, koszule itd). SUKCES! O 5 rano dostaję MMSa z foto pułapki (czujnik ruchu wykrywa ruch, robi fotkę i wysyła w formie MMsa), że Krówka tam był.
To sprowadza cały proces łapania na nowe tory. Przez kilka dni przynosimy mu jedzenie – pojawia się codziennie i codziennie je. Razem z nim jedzą dwa koty i szczury, które w ruderze mieszkają. Nie przeszkadza nam to – ważne, że jest i mamy 100% pewność kiedy był. Zazwyczaj pojawia się między 23 a 5 rano. Minusem całej sytuacji jest fakt, że nie wchodzi do klatki. Wkłada głowę i to jest najwięcej co robi. Znowu musimy zmienić taktykę.




Gilotyna
Skoro nie możemy zamknąć go w klatce – zamknijmy go w ruderze/altanie. Wymyślamy na szybko patent – montujemy szyny w futrynie drzwi. Do połowy otwór drzwiowy zasłaniamy gumą, którą znajdujemy wśród śmieci (bezdomny zajmował 3 działki i na każdej z nich jest tona śmieci). To robi z nas częściowo McGyvera. Drugą połowę drzwi ma zasłaniać „gilotyna”, która w punkcie wyjściowym jest u góry. Natomiast po zjechaniu tworzy całość z gumą i nie pozwala psu przeskoczyć gilotyny.
Do gilotyny montujemy platformę po naciśnięciu, której zwalnia się sznurek i zamyka psa. Platforma z kawałka deski + suszarka na naczynia + gąbki do naczyń, które robią za sprężynę. Całość ukrywamy głęboko pod sianem tak, żeby pies nie wyczaił. Umawiamy się na 18tą na „posiedzenie” w autach. Wiedzieliśmy, że przychodzi codziennie, więc reszta wydawała nam się już rutyną. – 20 na zewnątrz przyjeżdżamy na 4 samochody, ale skupiamy się w dwóch.
Godzina 23 – Krówka mija nas w drodze powrotnej z osiedla i schodzi na działki. Zaczynamy odliczanie… bo to już zaraz… za chwilkę. Sprzęt w pogotowiu, telefony naładowane… zaraz będziemy dzwonić po schronisko. 3 w nocy – pies pierwszy raz nie przyszedł, a my na pół przytomni wracamy do domów. Czemu nie przyszedł? Możliwe, że zostawiliśmy za dużo zapachów lub pojadł za dużo na osiedlu.
Przyszedł w kolejne dni i znowu dał nam pstryczka w nos. Nikt nie wie jak to zrobił, ale wyczaił, że coś pod sianem jest i stawał PRZED platformą – mimo, że jedzenie miał w zasięgu nie podchodził do niego. Postanowiliśmy dać mu kilka dni uzupełniając w międzyczasie jedzenie, które jadły szczury i próbując inaczej ustawić platformę – nic. Zapada decyzja o kolejnej zmianie patentu.




Elektronika
Zamiast zapadni pod sianem wprowadzamy elektronikę – chowamy czujnik ruchu w połączaniu z siłownikiem podpiętym do gilotyny. Teraz wydaje się być wszystko proste. Wystarczy, że pies wejdzie i gotowe. Czujnik uruchomi zapadnie i jesteśmy w domu. Nic tylko otwierać szampana. Zostaliśmy sprowadzeni na ziemię tego samego dnia – wiązka światła z czujnika ruchu była zbyt szeroka (nawet później po częściowym przysłonięciu) i zapadnie uruchamiało wszystko co się pojawiło od szczurów po ptaki, które wlatywały do środka. Ten patent okazał się kolejnym niewypałem.
Kolejna zmiana – skoro czujnik ruchu daje zbyt szerokie światło to potrzebujemy czegoś co da światło punktowe. Cienka wiązka grubości nici. Wtedy ustawienie całość na odpowiedniej wysokości pozwoli nam wyeliminować szczury. Kłopotem mogą być koty, ale one stosunkowo rzadko się pojawiały. Kupujemy co trzeba, przerabiamy instalacje i montujemy. Robimy ścieżkę zapachową z pasztetu i zwijamy się do domu. Jest godzina 15.
Pojechałem wtedy do brata osiedle obok i już miałem zwijać się do domu (była 18) kiedy dostałem fotkę z fotopułapki z Krówka. W pierwszej chwili potraktowałem to na zasadzie „fajnie – był” ale za chwile przypomniałem sobie, że przecież sprzęt rozstawiliśmy. Fotka, którą dostałem była szczególna, bo Krówka na niej odwracał się do tyłu – to był moment kiedy zapadnia zjechała na dół i już nie było drogi ucieczki. Szybko wywołałem kilka fotek ręcznie, żeby potwierdzić czy nie zwiał jakoś i czy wszystko zadziałało.
Był – siedział w kącie i czekał jak na skazanie. Później jak odtworzę fotki z karty to widać jak się miotał po altanie i próbował wyskakiwać przez okno, w którym były kraty lub robić podkop.




Akcja ratownicza
W drodze na działki obdzwaniam ludzi + dzwonię do schroniska po kierowcę. Czas dojazdu kierowcy 1,5 h. Dojeżdżamy na miejsce i szybko zbiegamy 400 m w dół po błocie i śniegu. JEST! Przez okno widzimy, że siedzi schowany w kącie. Powrót na górę po siatki – dojeżdża kolejna osoba, więc od razu znosimy duży kenel. W sumie było nas 4 + kierowca schroniska. Realnie akcja ratownicza zaczyna się około 20-21, bo zanim dojechał kierowca i zanim znieśliśmy rzeczy, czekaliśmy na resztę osób itd.
Wyciągniecie psa z rudery zajęło spokojnie godzinę jak nie lepiej. Trzeba było rozebrać trochę instalacji, wbić się tam z kenelem i wsadzić go z kocem do środka. Samo wniesienie psa 400 m pod stromą górę gdzie dwie osoby zaliczyły „glebę” do najprzyjemniejszych nie należało – to kolejne 1.5 godziny (czuliśmy się jak szerpowie idący na K2). Psa osobiście zawozimy do schroniska w dużym kenelu opatulonym siatkami, żeby mieć pewność, że gdzieś po drodze podczas przenoszenia nam nie zwieje.
Na miejscu wygląda to trochę tak, jakbyśmy przywieźli tygrysa a nie kundla. Pies podobnie jak Drupi nie wykazuje żadnej agresji – nawet nie szczeka. Widać, że jest przerażony. Ze schroniska wychodzimy o 1 w nocy. Na parkingu otwieramy szampana Piccolo, który jeździł ze mną w aucie od grudnia specjalnie na tę okazję kupiony – rozlewamy do kubeczków z minionkami… łyk satysfakcji:))
Dzień 25.02.2019 jednocześnie kończy jak i zaczyna nowy rozdział w życiu Krówki (w schronie WALDUŚ).
Krówka w tym samym roku zostaje przez nas adoptowany i dołącza do drużyny Dog Alert i swojego kumpla Drupiego.
