← Wszystkie historie
Odnaleziony

Melisa

[Miejscowość]

Melisa – pies odnaleziony przez Dog Alert

Pamiętajcie o ogrodach działkowych. Tam może być Twój pies.

Jeśli miałbym pisać o akcjach zapadających w pamięć i godnych powtórzenia w przyszłości, to ta z pewnością taka była. Może nie ze względu na nadzwyczajną trudność w złapaniu psa (ta taka nie była), ale na jakość, precyzję i zaangażowanie ludzi, którzy w niej brali udział. Lubię akcje i sytuacje, które są dopracowane, w których możemy zrobić i zadziałać dokładnie tak, jak chcemy, kiedy chcemy i na swoich zasadach. Akcje, w których rozumiemy się bez słów.

Melisa… i co nie zagrało

Historia ucieczki Melisy powinna być przestrogą dla wielu adoptujących lękliwe psy. My podobne sytuacje przerabialiśmy już wielokrotnie i niczym tutaj nie byliśmy zaskoczeni. Oczywiście można było tego uniknąć, gdyby zadziałało kilka czynników. Głównym czynnikiem jest JAKOŚĆ. Chiński karabińczyk, który miał wytrzymać 200 kg, wytrzymał raptem 15. Dlatego nigdy nie zabezpieczajcie psów lękliwych tanim badziewiem. Jakość pozwoli Ci przespać spokojnie noc – ze swoim psem.

Kontakt

Procedury w takim przypadku mamy zawsze takie same. Kontakt z właścicielami i wskazówki, które mogą się przydać w ciągu najbliższej doby. To jest taki „gorący czas”, kiedy pies może wracać pod klatkę bloku lub kręcić się bardzo blisko w okolicy. Jeśli nie zareagujemy w odpowiedni sposób, to później będzie już tylko trudniej. Warto usiąść wtedy w samochodzie pod domem i czekać do rana. Zastosowanie takiej taktyki wielokrotnie pozwoliło lękliwemu psu wrócić do domu w ciągu kilku godzin. Jeśli całość zostanie przeprowadzona w odpowiedni sposób, jest duża szansa na powodzenie.

Niestety

Melisa pojawiła się w nocy obok bloku, natomiast nie zareagowała w żaden sposób i uciekła przed siebie. Wtedy wjechały plakaty i dołączyliśmy do tematu na 100%. Zawsze wtedy spotykamy się z opiekunami psa, którzy opowiadają nam o psie i pokazują teren. My sprawdzamy wtedy jakość plakatowania: czy plakatów jest odpowiednio dużo, czy ważne miejsca zostały oplakatowane itd. Dobrze wykonana robota pozwala w zasadzie od pierwszego dnia zbierać informacje o psie, które później przekładają się na konkretne akcje.

Po pierwszych sygnałach i plakatowaniu wprowadziliśmy jedzenie w kilku miejscach, żeby zobaczyć, które będzie jadła. To pozwala nam później zrobić korektę i wyeliminować niepotrzebne karmiska.

To był też moment, kiedy ludzie od nas mogli zacząć ustawiać się na obserwacje psa w późnych godzinach wieczornych. Spacery i oglądanie terenu przez termowizję pozwoliły nam doprecyzować szczegóły i wejść z klatką – najprostszą opcją złapania psa. Zwłaszcza jeśli pies nie był wcześniej łapany na klatkę, jest szansa, że na nią wejdzie.

Na jedną klatkę jest patent: druga klatka

Zaskoczenia brak. Melisa zupełnie nie reagowała na klatkę i omijała ją, jedynie rzucając nosem w jej kierunku.

W pierwszej opcji wjechała klatka. Zawsze warto od niej zacząć, jeśli pies nigdy nie był łapany na klatkę. Skrajne lękowce rzadko się na nią decydują, ale to nie oznacza, że nie wejdą wcale. Ważne jest miejsce, jedzenie i wielkość klatki. To, że pies nie wejdzie do jednej klatki w miejscu A, nie oznacza, że nie wejdzie np. do większej klatki w miejscu B, które jest spokojniejsze. Tak też mieliśmy w tej sytuacji. Na pierwszą klatkę (dużą, klasyczną klatkę-łapkę) nie reagowała – mimo spokojnego miejsca obchodziła ją dookoła i po chwili szła dalej. Natomiast z racji tego, że przesiadywała w nocy na działkach, w miejscu spokojnym, warto było tam wejść z większą klatką i kamerą i spróbować ją zamknąć z 250 m. Wstawiliśmy klatkę „na słonia”, podpięliśmy pilota do zamykania i kamerę.

Niedługo później pojawia się pies, którego podglądamy też przez termowizję. Zaczyna taniec z klatką: obchodzi, wącha, wygrzebuje łapą i robi pojedyncze próby wejścia. Za każdym razem jest dalej i dalej… My w tym czasie obserwujemy wszystko na kamerze. W pewnym momencie mamy psa „wyciągniętego w środku” w klasycznej pozycji „boję się, ale dosięgnę jedzenia”… klikamy i… dramat. Kamera przekłamała, musiało coś „przeskoczyć” i okazało się, że pies faktycznie się wyciągnął, ale był z boku klatki, a nie w klatce (mimo że chwilę wcześniej na bank był w środku). Opóźnienie kamery względem czasu rzeczywistego to 3–4 sekundy. Tyle wystarczyło, żeby źle kliknąć. Klatka się zamknęła, a pies poleciał znaną sobie trasą wprost do kryjówki. Siedzenie po nocach do najprzyjemniejszych nie należy i myśleliśmy, że zamkniemy temat tej nocy, jednak niestety się nie udało. Wracamy na tarczy.

Plan B: odcinka na ulicy

Kolejny dzień i kolejne wyzwanie. Skoro nie zadziałał plan A, to pora wdrożyć plan B, który mieliśmy z tyłu głowy na wypadek, gdyby akcja z klatką nie wypaliła. Wytypowaliśmy ulicę na klasyczną odcinkę, czyli wpuszczamy psa w ulicę i odcinamy go z obu stron siatkami. Do środka wskakuje podbierak i robi „pac”. Ważne jest, żeby dobrze wytypować ulicę i jej fragment oraz dobrze uszczelnić ogrodzenia po bokach, żeby pies się nie przecisnął. Tutaj wjechały panele ogrodzeniowe i siatki, które wzorowo uszczelniły nam teren.

Wcześniej, w innym miejscu, przedyskutowaliśmy cały plan działania, a na miejscu porobiliśmy „drużyny” odcinające i ustawiliśmy czujki z radiami w różnych miejscach jej trasy, żeby odpowiednio wcześnie dostać cynk. Sytuacja idealna, bo było nas jakieś 15 osób i robiliśmy niezłe zdziwienie wśród mieszkańców osiedla. Po ustawieniu sprzętu czekało nas wiele godzin czekania. Zdecydowaliśmy, że lepiej poczekać, niż się minąć z psem, zwłaszcza że Melisa chodziła o różnych porach i bez systematyczności.

Idealna sytuacja pod łapankę jest taka, kiedy nic się na ulicy nie dzieje, a z każdą godziną ruch się zmniejszał (zarówno pieszy, jak i samochodowy)… aż do momentu, kiedy na poboczu nie zatrzymało się auto. Wyszedł pan, obszedł auto dookoła i padła diagnoza: kapeć. Dla nas sytuacja fatalna, bo pies na bank nie wejdzie w ulicę, na której coś się dzieje, i znowu kilka godzin czekania pójdzie na marne. Szybka decyzja bez zastanowienia i pada: „To my panu pomożemy”. Gość trochę zgłupiał, bo podeszło do niego kilka osób i mówi mu, że zmieni za niego koło 🙂

I tak też się stało. Obsłużyliśmy się szybko i po kilku minutach pan odjechał z nowym kołem i instrukcjami, co ma dalej zrobić. Dobrze, że do połowy lat 90. oglądaliśmy F1 w telewizji i szybkie wymiany opon w pit stopach.

„Idzie”

Od tego czasu minęła pewnie kolejna godzina lub dwie (szczęśliwi czasu nie liczą) i z ust Natalii w radiu słychać „idzie”. Umowa była taka, że po haśle „idzie” wyciszamy radia, żeby jej nie spłoszyć jakimś trzeszczeniem w krótkofalówce. Na rogu jej trasy i drogi, w którą powinna skręcić, stał Andrzej. Mógłbym napisać „młody, wysportowany”, ale ma żonę (która też z nami działa). Generalnie sympatyczny gość, w kamizelce, która była jego przekleństwem w tej sytuacji, bo musiał od razu robić za naszego rzecznika i odpowiadać ludziom na pytania typu „co robimy”. To była pierwsza rola (nieplanowana). Druga, ważniejsza: musiał delikatnie przekierować psa na nas, tak żeby nie pobiegł przed siebie.

Skrzyżowanie było miejscem, w którym Melisa chodziła losowo, w zależności od tego, co działo się na drodze. Andrzej niczym operator zwrotnicy lub przewodnik duchowy delikatnie wskazał Melisie „jej drogę”. Schowani za samochodami widzieliśmy, jak weszła, doszła na wysokość pierwszego samochodu, za którym byli schowani ludzie, i na chwilę się cofnęła… ale sekundę później już szła dzielnie do góry i to ją zgubiło. W tym momencie, niczym grupa tancerzy z Teatru Bolszoj w „Dziadku do orzechów”, równo wysunęliśmy się zza samochodów, powoli odcinając psa z dwóch stron. Wyglądało to jak dobrze naoliwiony mechanizm: każdy wiedział, jak ma wejść i jak ma wyrzucić siatkę przed siebie, żeby w razie „ataku” psa dobrze go zawinąć i żeby nie miał opcji przejść pod siatką ani skutecznie zaatakować rogów.

W tym samym czasie, zgodnie z planem, do środka wskoczył Filip (KTOZ), który dokonał sceny kończącej, i po chwili mieliśmy psa w podbieraku, przyciśniętego do ogrodzenia. Od razu jedna osoba podbiegła przytrzymać psa, a reszta domknęła nas siatkami od zewnątrz. Później szybka przekładka psa z podbieraka do kennela i podwózka do domu.

Dziękujemy

Kilka godzin czekania, żeby w 2 minuty zamknąć akcję. Dziękujemy mieszkańcom osiedla, którzy dzwonili z informacjami o lokalizacjach psa, bo to jest najcenniejsze przy łapance, prezesowi ogródków działkowych oraz działkowiczom za pozwolenie na akcję na działkach i udostępnienie kluczy oraz wszystkim, którzy nas wsparli dobrym słowem i trzymaniem kciuków 🙂 Takie łapanki to zawsze sukces wielu osób, które w mniejszym lub większym stopniu wzięły udział w całości pod hasłem „Melisa”.

Akcja w większości składała się z Dog Alertowiczów, natomiast osoby zaprzyjaźnione z właścicielami również super ogarnęły temat na miejscu i za to również duże brawa dla nich. Nikomu nic nie trzeba było powtarzać dwa razy – tak, jakby sam Patek Philippe wskazał nam czas.

Liczba osób na akcji również się zgadzała. Było nas (jak dobrze policzyłem) 15 osób. Można się zastanawiać, dlaczego aż tak dużo. Odpowiedź jest prosta: bo możemy. 10 osób było z DA, do tego właściciele ze znajomymi. W tym momencie w DA mamy 13 osób, które na przestrzeni lat działania poznaliśmy i wkręciliśmy we wspólne łapanki. Duża liczba osób, które znają się na robocie, pozwala też działać w mniejszych grupach i ogarniać kilka sytuacji jednocześnie, np. zrobić wywiad, sprawdzić teren czy przeprowadzić obserwacje w tygodniu, kiedy reszta ma mniej czasu (działamy głównie w weekendy). Całość przekłada się na skuteczność w łapaniu psów.

Twój pies zaginął?

Nie czekaj. Zrób plakat i napisz do nas na Facebooku lub na dogalert24@gmail.com.